Adoracja eucharystyczna w intencji uświęcenia kapłanów oraz duchowe macierzyńsko (1)

Autor: Kongregacja ds. Duchowieństwa

„PROŚCIE PANA ŻNIWA, ABY POSŁAŁ PRACOWNIKÓW!”

 

„Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników!” To znaczy: żniwo dojrzało, ale Bóg chce posłużyć się ludźmi, aby dotarło do spichrza. Bóg potrzebuje ludzi. Potrzebuje osób, które powiedzą: Tak, jestem gotowy stać się robotnikiem na Twoim żniwie, jestem gotowy pomagać, aby to żniwo dojrzewające w sercach ludzi mogło rzeczywiście znaleźć się w spichrzu wieczności, wejść do wiekuistej Bożej wspólnoty radości i miłości. „Proście Pana żniwa!” To znaczy także: nie możemy po prostu „produkować” powołań. One muszą pochodzić od Boga. Nie możemy — jak dzieje się to może w innych zawodach — za pomocą celnej propagandy i odpowiednio dobranych, by tak powiedzieć, strategii po prostu „rekrutować” ludzi. Powołanie wychodzi z Serca Boga i musi zawsze znaleźć drogę do serca człowieka. A właśnie po to, aby mogło dotrzeć do ludzkich serc, potrzebna jest także nasza współpraca. Prosić o to Pana żniwa znaczy niewątpliwie modlić się o to, poruszać Jego Serce, mówić do Niego: „Uczyń to, prosimy Cię! Rozbudź ludzi! Spraw, by Ewangelia napełniała ich entuzjazmem i radością! Spraw, aby zrozumieli, że jest to skarb cenniejszy niż wszelkie inne skarby, a kto go odkrył, winien go przekazywać innym!”.

My poruszamy Serce Boże. Ale modlitwa do Boga to nie tylko słowa prośby; wymaga także przemiany słów w czyny, aby w naszych rozmodlonych sercach zrodziła się iskra Bożej radości, radości z Ewangelii, i wzniecała w innych sercach gotowość powiedzenia „tak”. Jako ludzie modlitwy, przepełnieni Bożym światłem, docieramy do innych i obejmując ich naszą modlitwą, wprowadzamy w przestrzeń obecności Boga, który następnie dokona swojego dzieła. W tym duchu chcemy wciąż na nowo prosić Pana żniwa, poruszać Jego Serce i razem z Bogiem docierać w naszej modlitwie także do serc ludzi, ażeby On sprawiał, zgodnie ze swoją wolą, że będzie w nich dojrzewać ich własne „tak”, dyspozycyjność, stałość pośród zamętu doczesności, oraz by zarówno w pogodny dzień, jak i wśród mroku nocy, wiernie trwali w służbie, z niej właśnie czerpiąc nieustannie świadomość, że ten wysiłek — choć uciążliwy — jest piękny, jest pożyteczny, ponieważ prowadzi ku temu, co istotne: aby ludzie otrzymali to, na co czekają — światło Boże i miłość Bożą.

Benedykt XVI

 

Spotkanie z kapłanami i diakonami we Fryzyndze, 14 IX 2006, LOp 11/2006, s. 33.

 

DUCHOWE MACIERZYŃSTWO WOBEC KAPŁANÓW

 

„Powołanie do duchowego macierzyństwa wobec kapłanów jest zbyt mało znane, słabo rozumiane a przez to rzadko przeżywane, mimo jego życiodajnego i fundamentalnego znaczenia. To powołanie – często ukryte, niewidoczne dla ludzkich oczu – ma na celu przekazywać życie duchowe. Był o tym przekonany Papież Jan Paweł II, dlatego chciał mieć w Watykanie klasztor klauzurowy, w którym modliłoby się w jego intencjach, jako Najwyższego Pasterza”.

 

„TO, KIM SIĘ STAŁEM I W JAKI SPOSÓB, ZAWDZIĘCZAM MOJEJ MATCE!”

(Św. Augustyn)

 

Nie tylko matki rodziny, ale wszystkie kobiety, niezależnie od wieku i stanu cywilnego, mogą stać się duchowymi matkami dla kapłana. Jest to możliwe również dla chorej, dla młodej mężatki czy wdowy. W szczególny sposób odnosi się to do misjonarek i sióstr zakonnych, które całe swoje życie oddają Bogu dla uświęcenia ludzkości. Jan Paweł II dziękował nawet małej dziewczynce za jej macierzyńską pomoc: „Wyrażam moją wdzięczność również dla błogosławionej Hiacynty z Fatimy za ofiary i modlitwy w intencji Ojca Świętego, którego widziała bardzo cierpiącego”[1].

Każdego kapłana poprzedza matka, która często jest również matką życia duchowego swoich dzieci. Np. Giuseppe Sarto, późniejszy papież Pius X, zaraz po przyjęciu sakry biskupiej pojechał odwiedzić swoją siedemdziesięcioletnią mamę. Ta ucałowała z szacunkiem jego pierścień biskupi i nagle zamyśliwszy się – pokazała mu swoją ubogą, srebrną obrączkę, mówiąc: „Tak, Józek. Nie nosiłbyś teraz tego pierścienia, gdybym ja najpierw nie nosiła tej ślubnej obrączki”. Słusznie św. Pius X potwierdzał w oparciu o własne doświadczenie, że „każde powołanie kapłańskie pochodzi z serca Boga, jednak przechodzi przez serce matki!”.

Pokazuje to w szczególny sposób życie św. Moniki. Jej syn, św. Augustyn, który jako 19-letni student w Kartaginie stracił wiarę, napisał w Wyznaniach: „Wyciągnąłeś Twoją rękę z wysoka i wydobyłeś duszę mą z tej ciemnej przepaści, bo moja matka, wierna Tobie, płakała nade mną bardziej niż płaczą matki nad śmiercią fizyczną swych dzieci. (…) owa czysta, pobożna i roztropna wdowa – taka, w jakich masz upodobanie – już podniesiona na duchu nadzieją, lecz przez to wcale nie mniej podatna na płacz, nie przestawała płakać wzdychając ku Tobie, w czasie każdej modlitwy”[2]. Po swym nawróceniu powiedział zaś z wdzięcznością: „Moja święta matka, Twoja służebnica, nigdy mnie nie opuściła. Ona urodziła mnie w ciele do tego życia ziemskiego, a sercem do życia wiecznego. To, kim się stałem i w jaki sposób się stałem, zawdzięczam mojej matce[3]”.

Św. Augustyn chciał, aby w czasie prowadzonych przez niego dyskusji filozoficznych, jego mama była zawsze przy nim. Ona zaś słuchała uważnie, czasami włączała się wyrażając delikatnie swą opinię bądź – ku zadziwieniu obecnych ekspertów – udzielała odpowiedzi na poruszane problemy. Nie dziwi zatem, że św. Augustyn uznaje się za jej „ucznia w filozofii”!

 

SEN PEWNEGO KARDYNAŁA

 

Kardynał Nicola Cusano (1401-1464), biskup Bressanone, był nie tylko wielkim mężem stanu, sławnym legatem papieskim oraz reformatorem życia duchowego kleru i wiernych w XV wieku, ale także człowiekiem milczenia i kontemplacji. Pewnego razu została mu ukazana „we śnie” ta rzeczywistość duchowa, która również dzisiaj jest aktualna zarówno dla wszystkich kapłanów jak i wiernych: potęga zawierzenia, modlitwy i poświęcenia matek duchowych w zaciszu klasztorów.

 

Ręce i serca, które się poświęcają

„Gdy weszli do małego, bardzo starego kościółka, ozdobionego mozaikami i freskami z pierwszych wieków, roztoczył się przed oczyma kardynała uderzający widok: Tysiące sióstr zakonnych modliły się w tym kościółku. Było ich mnóstwo, a jednak wszystkie się tam mieściły. Siostry modliły się, a kardynał nigdy nie widział tak intensywnej modlitwy. Nie klęczały, lecz stały wyprostowane, ze wzrokiem skierowanym nie gdzieś daleko, ale skupionym w punkcie, który znajdował się niedaleko niego, ale pozostawał niewidoczny. Ręce trzymały wyciągnięte ku górze, w geście ofiarowania”.

Czymś poruszającym w tej wizji jest fakt, że te siostry, w swych biednych i słabych dłoniach unosiły ku górze mężczyzn i kobiety, imperatorów, królów, miasta i kraje. Niekiedy ich dłonie osłaniały jakieś miasto. Kiedy indziej jakiś kraj, który można było rozpoznać po flagach narodowych, rozwijał się otoczony murem splecionych ze sobą i podtrzymujących go rąk. Również w tych wypadkach, każda z sióstr trwała w ciszy i skupieniu. Jednak zdecydowana większość zakonnic podtrzymywała dłońmi jakąś jedną osobę.

W dłoniach młodziutkiej i smukłej zakonnicy, prawie dziecka, kardynał Nicola ujrzał papieża. Widać było, jak przygniata ją jego ciężar, ale jej twarz promieniowała szczęściem. Na rękach siostry-staruszki spoczywał on sam, Nicola Cusano, biskup Bressanone i kardynał Kościoła rzymskiego. Rozpoznał siebie, swoje zmarszczki, defekty swojej duszy i swojego życia. Przyglądał się temu szeroko otwartymi i przestraszonymi oczyma. Jednak strach szybko zastąpiło niemożliwe wprost do opisania szczęście.

Przewodnik, który szedł obok niego, szepnął: „Proszę zobaczyć! Mimo ich grzechów, są podtrzymywani i wspomagani grzesznicy, którzy nie przestali kochać Boga!”. Kardynał zapytał: „A co zatem dzieje się z tymi, którzy już nie kochają?”. Nagle, razem ze swym przewodnikiem, znalazł się w krypcie kościółka, gdzie modliły się następne tysiące sióstr zakonnych. Podczas gdy te, widziane wcześniej, podtrzymywały poszczególne osoby rękoma, te w krypcie podtrzymywały je sercem. Były w to bardzo zaangażowane, gdyż chodziło o los tych dusz w wieczności. „Proszę popatrzeć, Eminencjo – powiedział przewodnik. W taki sposób podtrzymuje się tych, którzy przestali kochać. Czasami zdarza się, że zapłoną od żaru serc, które spalają się dla nich. Ale nie zawsze. Niekiedy, w godzinie śmierci, przechodzą z rąk tych, którzy jeszcze pragną ich uratować, w ręce Boskiego Sędzi, przed którym muszą się wytłumaczyć również z ofiar podejmowanych w ich intencji. Żadna ofiara nie pozostaje bezowocna. Kto jednak nie korzysta z ofiarowanych mu owoców, ten sprawia, że dojrzewa owoc ruiny”.

Kardynał wpatrywał się w kobiety, które dobrowolnie ofiarowały się za innych. Zawsze wiedział o ich istnieniu. Teraz jednak jasno zobaczył, jakie jest ich znaczenia dla Kościoła, dla świata, dla narodów i dla poszczególnych osób. Dopiero teraz pojmował to z zadziwieniem. Pochylił się z najgłębszym szacunkiem przed tymi męczennicami miłości.

Od 550 r. Säben był przez ponad pięćset lat siedzibą biskupa diecezji Bressanone. Od 1685 r., czyli od ponad 300 lat, zamek biskupów stał się klasztorem, w którym do dzisiaj wspólnota Sióstr Benedyktynek żyje duchem macierzyństwa duchowego, modląc się i poświęcając Bogu właśnie w taki sposób, jak to widział kardynał Nicola Cusano w swoim śnie.

 

ELIZA VAUGHAN

To prawda zapisana w Ewangelii, że powołania kapłańskie trzeba wypraszać poprzez modlitwę. Podkreśla to Jezus, mówiąc: „Żniwo wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana Żniwa, aby posłał robotników na żniwo swoje!” (Mt 9,37-38). Wymowny tego przykład daje nam angielka, Eliza Vaughan, matka rodziny a zarazem kobieta obdarzona duchem kapłańskim, która wiele modliła się o powołania.

Eliza pochodziła z protestanckiej rodziny Rolls, która później założyła sławną fabrykę samochodów Rolls-Royce. Jako młoda dziewczyna, podczas swego pobytu i studiów we Francji, została głęboko poruszona wzorcowym zaangażowaniem się Kościoła Katolickiego w sprawę ubogich.

Latem 1830 r. poślubiwszy pułkownika John Francis Vaughan, Eliza – mimo silnego oporu ze strony rodziców – przeszła na katolicyzm. Podjęła tę decyzję z przekonania, a nie tylko dlatego, że weszła do znanej rodziny angielskiej o tradycjach katolickich. Przodkowie Vaughan w czasach prześladowania katolików angielskich, za panowania Elżbiety I (1558-1603) woleli być wywłaszczeni z ich posiadłości i pójść do więzienia, niż wyprzeć się wiary.

Courtfield – pierwotna siedziba rodziny męża – przez dziesięciolecia terroru stała się centrum schronienia dla prześladowanych kapłanów i miejscem, gdzie potajemnie celebrowano Eucharystię. Od tamtych czasów minęło prawie trzy wieki, ale katolicki duch rodziny się nie zmienił.

 

Dajmy nasze dzieci Bogu

Nawrócona w głębi serca i przepełniona gorliwością Eliza zaproponowała mężowi, by oddać ich dzieci Bogu. Ta szlachetna i głęboko religijna kobieta modliła się codziennie godzinę przed Najświętszym Sakramentem w domowej kaplicy swej rezydencji w Courtfield, prosząc Boga o liczną rodzinę oraz o liczne powołania do życia kapłańskiego i zakonnego w rodzinie. Została wysłuchana! Miała 14 dzieci. Zmarła wkrótce po urodzeniu najmłodszego. Z 13 dzieci, które przeżyły, a wśród których było ośmiu synów – sześciu zostało kapłanami: dwóch zakonników, dwóch kapłanów diecezjalnych, jeden biskup, jeden arcybiskup i jeden kardynał. Spośród pięciu córek – cztery poszły do klasztoru. Cóż za błogosławieństwo dla rodziny i jakaż korzyść dla całej Anglii!

Wszystkie dzieci rodziny Vaughan miały szczęśliwe dzieciństwo, gdyż ich święta matka potrafiła w naturalny sposób połączyć w ich wychowaniu życie duchowe oraz religijne obowiązki z rozrywką i radością. Z woli matki, do codziennego życia należała modlitwa i Msza Święta w domowej kaplicy, ale także muzyka, sport, teatr amatorski, jazda konna i różne gry. Dzieci nie nudziły się, gdy mama opowiadała im o życiu różnych świętych, którzy powoli stawali się ich zażyłymi przyjaciółmi. Towarzyszyły też Elizie, gdy odwiedzała i pielęgnowała chorych oraz cierpiących w okolicy. Uczyły się wspaniałomyślności i poświęcenia oraz obdarzać ubogich swymi oszczędnościami i zabawkami.

Eliza zmarła wkrótce po urodzeniu 14 dziecka imieniem John. Dwa miesiące po jej śmierci, pułkownik Vaughan – przekonany, że była dla niego darem Opatrzności – napisał w liście: „Dzisiaj podczas adoracji dziękowałem Bogu, że mogłem Mu zwrócić moją umiłowaną żonę. Otworzyłem przed Nim moje serce, wdzięczny, że dał mi Elizę jako wzór i przewodniczkę, z którą łączą mnie nadal nierozerwalne więzy duchowe. Cóż za cudowne pocieszenie i jakież łaski mi przekazuje! Jeszcze ją widzę, jak ją zawsze widziałem, przed Najświętszym Sakramentem, czystą i bardzo ludzką, a przez to pełną tego jej uroku, który rozpromieniał ją podczas modlitwy”.

Przekonana o potędze wytrwałej modlitwy w milczeniu, Eliza Vaughan rezerwowała codziennie godzinę czasu na adorację w domowej kaplicy, modląc się o powołania w swojej rodzinie. Została wspaniale wysłuchana, stając się matką siedmiu kapłanów i czterech sióstr zakonnych. Po śmierci w 1853, została pogrzebana w Courtfield, w rodzinnej posiadłości, którą bardzo lubiła. Dzisiaj Courtfield jest centrum rekolekcyjnym angielskiej diecezji Cardiff. Ze względu na święte życie Elizy, w 1954 r. domowa kaplica została zamieniona przez biskupa diecezji na „Sanktuarium Matki Bożej od Powołań”. Tytuł ten został potwierdzony w 2000 r.

 

Robotnicy w winnicy Pańskiej

Liczne powołania w małżeństwie Vaughan są naprawdę czymś niezwykłym w historii Wielkiej Brytanii. To błogosławieństwo, którego źródłem jest przede wszystkim macierzyństwo Elizy.

Gdy najstarszy syn Herbert, w siedemnastym roku życia oznajmił rodzicom, że pragnie zostać kapłanem, reakcje były różne. Matka, która wiele się o to modliła, uśmiechnęła się i rzekła: „Moje dziecko, wiedziałam o tym od dawna”. Natomiast ojciec potrzebował trochę czasu, aby zgodzić się z wiadomością, gdyż właśnie z najstarszym synem, dziedzicem domu, wiązał wielkie nadzieje i myślał dla niego o błyskotliwej karierze wojskowej. Nie przypuszczał, że Herbert pewnego dnia zostanie arcybiskupem Westminster, założycielem Misjonarzy Millhill a następnie kardynałem? Jednak ojciec też szybko się przekonał i napisał do przyjaciela: „Jeżeli Bóg chce Herberta dla siebie, może mieć również wszystkich pozostałych”. Jednak Reginald a także Francis Baynham, który odziedziczył posiadłości rodziny – ożenili się. Bóg zaś powołał do swojej służby jeszcze dziewięcioro dzieci Vaughan. Roger – drugi co do starszeństwa – został przeorem benedyktynów, a później lubianym biskupem Sydney w Australii, gdzie zbudował katedrę. Kenelm wstąpił do cystersów a potem przeszedł do diecezji. Giuseppe – czwarty syn Vaughan’ów – jak jego brat Roger, był benedyktynem i założył nowe opactwo.

Bernard, chyba najżywszy ze wszystkich, który bardzo lubił taniec i sport oraz uczestniczył we wszystkich zabawach – został jezuitą. Opowiadają, że w przeddzień swego wstąpienia do zakonu poszedł na bal i tam powiedział swojej partnerce: „To jest mój ostatni taniec, gdyż zostanę jezuitą!”. Zaskoczona dziewczyna miała wykrzyknąć: „No wie pan co! Akurat pan, który tak bardzo kocha świat i tańczy tak cudownie, chce zostać jezuitą?”. Odpowiedź, choć można ją różnie interpretować, była piękna: „Właśnie dlatego oddaję się Bogu!”. John, najmłodszy, został wyświęcony na kapłana przez swego brata Herberta a później został biskupem Salford w Anglii.

Z pięciu dziewcząt – cztery zostały siostrami zakonnymi. Gladis wstąpiła do wizytek, Teresa była siostrą miłosierdzia, Klara – klaryską, a Maria przełożoną u augustynianek. Również Małgorzata, piąta córka Vaughan, chciała zostać siostrą zakonną, ale nie pozwoliło jej słabowite zdrowie. Ona jednak też żyła w swym domu jako osoba konsekrowana, a ostatnie lata życia spędziła w klasztorze.

Herbert Vaughan był siedemnastoletnim chłopcem, gdy latem, podczas rekolekcji, postanowił zostać kapłanem. Święcenia przyjął w Rzymie, w wieku 22 lat. Później został biskupem Salford w Anglii oraz założył Misjonarzy Millhill, którzy pracują dzisiaj na wszystkich kontynentach. Wreszcie został kardynałem i trzecim biskupem Westminster. W swym herbie napisał: „Kochać i służyć!”. Jego program streszcza się w powiedzeniu: „Miłość musi być korzeniem, z którego wyrasta cała moja służba”.


[1] Jan Paweł II, Homilia podczas beatyfikacji, Fatami, 13 V 2000.

[2] Św. Augustyn, Wyznania, III, 11.

[3] [Św. Augustyn, Wyznania, IX, 8.]

Foto. Klaryski od Wieczystej Adoracji z Kłodzka
sanctus.com.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *