NOBISCUM AD CAELUM…

Włócznia św. Longinusa wystawiona w Bazylice św. Piotra. Wierni oddali cześć relikwii Męki Pańskiej

W Bazylice św. Piotra w Watykanie wierni, pielgrzymi oraz odwiedzający mogli uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu – publicznym wystawieniu włóczni św. Longinusa, uznawanej za jedną z najważniejszych relikwii związanych z Męką Jezusa Chrystusa. To właśnie nią, według przekazu Ewangelii św. Jana, rzymski żołnierz przebił bok ukrzyżowanego Zbawiciela.

Uroczystej liturgii przewodniczył abp Calogero La Piana. Obchody rozpoczęły się modlitwą przy Ołtarzu Konfesji, po której wierni wyruszyli w procesji pokutnej przez nawę główną świątyni, śpiewając Litanię do Wszystkich Świętych. Celebracja Eucharystii przebiegała w atmosferze ciszy i skupienia, właściwej dla przeżywanego okresu Wielkiego Postu.

Centralnym momentem wydarzenia było ukazanie relikwii w Loggii św. Weroniki. Włócznia, na co dzień przechowywana w Bazylice Watykańskiej, należy do najcenniejszych pamiątek związanych z ostatnimi chwilami życia Chrystusa na krzyżu.

W programie sobotniego statio znalazła się również Msza Święta przy Ołtarzu Katedry oraz adoracja Najświętszego Sakramentu.

Tradycja kościołów stacyjnych sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa w Rzymie. W czasie Wielkiego Postu wierni codziennie gromadzili się na wspólnej modlitwie pod przewodnictwem papieża lub jego przedstawiciela, odwiedzając każdego dnia inną świątynię. Ostateczny kształt tej praktyki ustalił papież św. Grzegorz Wielki.

Adwentowe oczekiawnie

Za oknem coraz chłodniej, lada chwila spadnie śnieg, a my wkraczamy w Adwent – kolejny, a zarazem mój ulubiony, okres liturgiczny. Muszę przyznać, że od kiedy mieszkam w Polsce, Adwent niestety kojarzy mi się coraz bardziej z amerykańską piosenką „Jingle bells” na okrągło puszczaną w supermarketach. Oczywiście, szaleństwo bożonarodzeniowych zakupów, zaczynające się nazajutrz po Zaduszkach, ogarnia również i Niemcy, ale wydaje mi się, że w większym stopniu jest ono odczuwane i przeżywane mimo wszystko w Polsce. Być może Niemcy są już zmęczeni wszechogarniającym materializmem i nie ekscytują się w takim stopniu jak Polacy centrami handlowymi wypełnionymi po brzegi świątecznymi dekoracjami i potencjalnymi prezentami.

Jednakże na długo zapamiętam mój pierwszy Adwent w Polsce z jednego powodu. W poniedziałek następujący po pierwszej niedzieli Adwentu, jeszcze przed świtem, obudziła mnie żona, wyszykowana do wyjścia z domu i kazała szybko się ubierać, bo – jak stwierdziła – już jesteśmy spóźnieni. Spóźnieni? O tej porze? W środku nocy?

Ponieważ jednak powoli zacząłem przyzwyczajać się do różnych niezrozumiałych polskich zachowań, i tym razem posłuchałem żony. Jak mi pokrótce wyjaśniła: „Idziemy do kościoła na roraty”. Okazało się, że są to poranne Msze Święte ku czci Matki Bożej. O takich Mszach co nieco w Niemczech słyszałem, tyle że są one po południu, w niektórych parafiach tylko raz w tygodniu, no i nie mają szczególnej nazwy. Mimo tych wyjaśnień nadal byłem sceptyczny co do pory tej Mszy Świętej, pozostając w przekonaniu, że jesteśmy jedynymi osobami, które w ciemnościach, brnąc w śniegu i zimnym wietrze, zmierzają w stronę – pewnie i tak zamkniętego – kościoła. Jednak im bliżej świątyni, tym więcej napotykaliśmy ludzi, zwłaszcza małych dzieci z lampionami w rękach! Kiedy weszliśmy do kościoła, był już pełen, nie przymierzając jak podczas niedzielnej Mszy Świętej. Przyciemnione światła, jedynie świece palące się tu i ówdzie, przyniesione przez wiernych i trzech kapłanów celebrujących Eucharystię. To było coś niesłychanego! Zwłaszcza moment, kiedy wierni zaczęli śpiewać: „Chwała na wysokości Bogu” – i w całym kościele zapaliły się wszystkie światła.

W mojej ówczesnej warszawskiej parafii Msze Święte roratnie odbywały się o godzinie 6.45. Kiedy tylko na zewnątrz było zimniej niż zwykle albo padał śnieg czy deszcz i nie chciało mi się rano wstać, przypominały mi się te małe dzieci z lampionami: jeśli one mogą, to ja nie będę od nich gorszy!

Szkoda, że w Niemczech tradycja Mszy Świętych roratnich niemal wygasła. Pozostał natomiast dość żywy zwyczaj zwany Frauentragen. Nie spotkałem się z nim w Polsce, ale być może w niektórych parafiach jest on znany. Chodzi o losowanie bądź zapisywanie się na listę adwentową wiernych, którzy po każdej Mszy Świętej wieczornej mogą zabrać figurę Matki Bożej do domu na noc. W niektórych parafiach dzieci ciągną losy o to, kto danego wieczoru zabiera Matkę Bożą do siebie, w innych sporządzana jest lista, tak że każdy wie, którego dnia gości u siebie Maryję. Chodzi o to, aby chociaż jednego wieczora, po pracy, zakupach i całym przedświątecznym zamieszaniu, zatrzymać się na czuwaniu z Bożą Rodzicielką oczekującą narodzin Syna.
Mam jeszcze jeden ulubiony adwentowy zwyczaj, którego bardzo brakuje mi w Polsce, choć muszę przyznać, że chyba bardziej mojej żonie. Wielu też moich polskich znajomych skarżyło się na brak owej tradycji w Polsce. O co chodzi? Oczywiście o jarmark bożonarodzeniowy. Jest to zwyczaj ugruntowany już od około pięciuset lat w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, choć w ostatnich latach pojawia się też w innych krajach. Na głównych placach bądź zabytkowych rynkach miast w każdy adwentowy weekend pojawia się jarmark, na którym można degustować lokalne adwentowe potrawy, słodycze oraz obowiązkowo napić się rozgrzewającego korzennego wina, w Niemczech znanego jako Gluhwein. Jest to mieszanka wina z cynamonem, imbirem, goździkami, niekiedy sokiem cytrynowym. Warto również skosztować Reibekuchen, czyli czegoś w rodzaju placków ziemniaczanych, podawanych na słodko bądź ostro. Na jarmark bożonarodzeniowy przychodzą całe rodziny z dziećmi, gdyż każdy znajdzie na nim coś dla siebie. A tak miło spędzony czas w sobotnie lub niedzielne popołudnie z pewnością jest również lepszym przygotowaniem do świąt niż zakupy w hipermarkecie. Na największy jarmark bożonarodzeniowy w Europie zapraszam do Kolonii, która nie przypadkiem stała się symbolem adwentowego czuwania. To właśnie w kolońskiej katedrze, przed którą ustawiony jest jarmark, znajdują się relikwie Trzech Króli – tych, którzy w czasie swojej długiej podróży do Betlejem, przygotowywali się na powitanie Nowonarodzonego.

Tak czy owak, dziś wieczorem kładę się spać wcześniej, by jutro nie powstydzić się, że w sprawie rannego wstawania na roraty sześciolatki mają silniejszą wolę niż ja.

Źródło:

Tygodnik Idziemy Nr 48 (273) 28.11.2010

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *