Chyba nie wiecie, czym było społeczeństwo nasze przed kilkudziesięciu laty, a wierzcie mi, który długo na to patrzyłem i w tym otoczeniu długo sam żyłem. Za mojej młodości nikt nie wspominał o religii, pomijano ją w wychowaniu, nikt nie słyszał o przystępowaniu do sakramentów świętych, najzacniejsze osoby ledwie raz na rok formę tylko jakąś spełniały, nikt nie znał nawet pacierza, a życie niemoralne tak było upowszechnione nawet w stanie małżeńskim, że nikt z tego nie robił tajemnicy…
Czytając powyższe słowa uznalibyśmy zapewne bez zawahania za aktualne, gdyby nie język. Co do treści aż trudno uwierzyć, że opisują czasy sprzed ponad 150 laty. Takie wyznanie poczynił urodzony w 1829r. Patron dzisiejszego dnia – bł. Honorat Koźmiński, kapucyn z Białej Podlaskiej.
Dlaczego czcimy dziś osobę bł. Honorata Koźmińskiego?
Czy dlatego, że 33 razy dziennie nawiedzał Najświętszy Sakrament?
Czy dlatego, że założył ponad 20 zgromadzeń zakonnych i to pod zaborami?
Czy dlatego , że ciągnęły do niego tłumy penitentów widząc w nim nadzwyczajnego spowiednika i kierownik dusz?
I tak i nie. Bo jeśli dzisiejszego dnia Kościół przypomina nam jego postać jako godną naśladowania, to jak naśladować powyższe? Dla wielu niewykonalne. To, w czym możemy i powinniśmy naśladować Błogosławionego, to droga wiary.
Wbrew pozorom jego droga wiary rozpoczyna się jeszcze przed nawróceniem w celi cytadeli. Młody Wacław – ongiś ministrant codziennie służący do Mszy św. – zaczyna widzieć dookoła siebie ruinę: w Kościele, w społeczeństwie; widzi rozbieżność między nauką, ideałami, a życie poszczególnych osób; ocenia sądzi, walczy, szukając rozumienia wiary. W konsekwencji zostaje ateuszem.
Punkt zwrotny, to więzienie w cytadeli warszawskiej. Znajduje w niej jeszcze jedną ruinę: ruinę w sobie. Odkrywa ją i… uznaje, że faktycznie jest w ruinie: w samotnej celi wykłóca się z Bogiem o każdy dogmat wiary. Zaczyna szukać woli Boga, co do swojego życia. Szuka głosu, któremu się opierał i którego nie słuchał. Poddanie się Bogu dało mu wyzwolenie ciała z więzienia i choroby oraz duszy z piekła: Uzdrawiając mnie Pan Bóg cudownie [co do ciała], uzdrowił jeszcze cudowniej duszę moją. Wyprowadzając mnie z wiezienia, wywiódł razem ze straszliwszej niewoli szatańskiej – i z piekła duszę wybawił. Wracając mnie familii, wrócił Kościołowi i nowym życiem udarował. Czyliż nie dlatego, abym Jemu to życie poświęcił, które od Niego miałem darowane? Czyliż nie powinienem się uważać jako ten, który był z piekła powrócił na ziemię dla czynienia pokuty i poprawy?. I czułem to dobrze od samego początku, to jest od pierwszej chwili wybawienia, że do Boga należę i że Jemu całkowicie oddać się powinienem i służyć Mu gorliwiej, chociaż tak długo się temu głosowi opierałem.
Wstępując do zakonu kapucynów rozpoczyna odbudowywanie ruiny siebie – wypełnia powołanie, którym go Bóg obdarował. Zapewne wielu z tych, którzy znali jego dotychczasowy, buntowniczy tryb życia mogli jak Ananiasz powiedzieć: słyszałem od wielu, ile zła ten człowiek wyrządził (Dz 9,13). A Bóg wybrał go do dzieła, dla którego, jak Paweł wiele później wycierpiał (kasata ogromnej części zgromadzeń i oskarżenie o związek z mariawityzmem).
Dzięki doświadczeniu swojej ruiny i okazanej przez Boga łaski, Honorat zrozumiał, że to od niego samego zależy odbudowa tej ruiny: od niego zależy czy zachowa Regułę Zakonu, od niego zależy czy zachowa przykazania, od niego zależy czy zachowa i przekaże tradycję zakonu i Kościoła kolejnym pokoleniom. Zrozumiał istotę wewnętrznego życia duszy, które nie jest zależne od takiego czy innego zewnętrznego znaku (np. habitu), ale od serca miłującego Boga.
W ten sposób już jako młody kapłan mógł z powodzeniem zajmować się ruiną Kościoła i narodu polskiego. Wszystkim, których których Pan Bóg postawił mu na drodze: tercjarzy franciszkańskich, członków bractw a później członkom różnych zgromadzeń, które założył; wskazywał wysokie cele, dbałość o formację i osobistą, żywą i dynamiczną więź miłości z Bogiem. Tylko dzięki tej miłości rozwijanej i pogłębianej sam budował dom na wieczność na skale i promieniował na wszystkie stany z odosobnienia, na jakie skazał zakonników katolickich carat.
Honorat, jak wskazał Senat Rzeczpospolitej Polskiej w 2008 r., jest pozytywnym wzorcem skutecznego, racjonalnego patrioty. W swojej cichej, samotnej walce wygrywał z wielkim imperium, wbrew planom caratu doprowadzając do wzrostu liczby osób żyjących w zgromadzeniach wówczas, gdy władza administracyjna próbowała zlikwidować zakony będące ostoją polskości. Nie poddał się zwątpieniu wówczas, gdy powstanie styczniowe zostało zduszone przez zaborcę, lecz znalazł i skutecznie rozpowszechnił wzorce pracy organicznej dla Narodu. Inicjował i wspierał działania zmierzające do tego, aby Polacy jak najlepiej przygotowali się do niepodległości, aby mimo ucisku i prześladowań zachowali jak najwięcej dumy, godności i kultury narodowej. Jednoczył wokół wspólnych celów. Rozumiał, podobnie jak najlepsi przedstawiciele Jego generacji, że tylko praca u podstaw, cierpliwa i wytrwała, przynosi owoce. Nieraz większe niż walka zbrojna. […]
Ojciec Koźmiński był wzorem organizatora społecznej aktywności; takich organizatorów – mówiąc językiem współczesności: menedżerów – potrzeba również dziś, gdyż są oni spoiwem organizacji społecznej. Zdolność poświęcenia się dla zbiorowości – nie na wojnie, w walce, lecz w codziennej, cierpliwej, mądrej pracy – charakteryzuje ludzi, którym zawdzięczamy trwanie i rozwój państwa. Osoba pracowitego, skutecznego w działaniu, mądrego nauczyciela zakonnika jest wspaniałym, współczesnym wzorem osobowym. Sięgnijmy do tego, co wartościowe, a co zostawiła nam przeszłość. Przypomnijmy Polaka, który wygrał. My z owoców tego zwycięstwa korzystamy.
***
Łatwo rozprawiać i potępiać nieroztropność gorętszej młodzieży, ale każdy musi przyznać, że gdyby wszyscy rządzili się [kierowali] takimi zasadami, to ten duch narodowy powoli zamarłby zupełnie i nie czulibyśmy ciążącej niewoli. Widoczną bowiem rzeczą jest, że te ciągłe usiłowania dusz gorętszych podtrzymywały w całym kraju tego ducha i rozbudzały go tam, gdzie on słabnął i gdyby przez cały wiek ich zabrakło, przyszłoby [doszłoby] do tego, żebyśmy się w końcu oswoili z obrożą niewolniczą, z językiem obcym, a może i z wiara obcą, a wtedy przepadlibyśmy na zawsze, bo tylko wiara katolicka wskrzesza umarłych.
Co do nas uważamy za wielkich bohaterów tych braci naszych, którzy bez żadnych ludzkich widoków, bezinteresownie poświęcali się z narażeniem nie tylko życia, ale długiej i strasznej niewoli, poświęcali się sprawie narodowej w jakikolwiek sposób, byle w duchu polskim, który się brzydzi bezbożnością i krwawymi napaściami.
Nie tylko porównywam ich z naszymi bohaterami świętych czasów, ale uważam, że są godniejsi uznania, bo tamci za swe dzieła cieszyli się czcią narodu, a ci po większej części przeszli nieznani i nikt nie potrafi opisać tych okrucieństw, jakie wycierpieli nieraz przez lat kilkadziesiąt. A takich bohaterów mieliśmy tysiące! W liczbie tych stu tysięcy przestępców politycznych, których […] na wolność wypuszczono, z pewnością była większa część Polaków, nie licząc tych krociów tysięcy, którzy przez ciąg całego wieku straciły życie pod tysiącem pałek, albo w kopalniach zmarli, albo syberyjskimi mrozami zostali zamrożeni.
Czyż nie mam prawa utrzymywać, że Polska nie zajaśniała nigdy tylu bohaterami narodowej sprawy, jak w tym wieku największej swej niewoli? (bł. Honorat Koźmiński OFMCap)
Bł. Honorat Koźmiński (16.X.1829-16.XII.1916)
(JS)





