Czytałem wspomnienia pewnego kapłana, który trafił w czasie wojny do niemieckiego obozu pracy. Znalazł się wśród tysięcy podobnych sobie nieszczęśników: lekarzy, adwokatów, sklepikarzy, chłopów i robotników, młodych i starych. Przetrwali nieliczni – ci, których życie przed wojną nie rozpieszczało, którzy poznali smak głodu, potu i solidarności. Nagrodą za twarde doświadczenia młodości stała się szansa przeżycia w morzu umierania. Jest w tym obrazie jakaś głęboka prawda o naszym duchowym i cielesnym losie. Nie cierpimy (na szczęście) okrucieństw wojny, ale nawet w spokojnej Europie serca wielu ludzi struchlały na wieść o tym, że z powodu kryzysu kupią sobie następny samochód nie za trzy lata (jak dotychczas), ale dopiero za siedem. Jak więc struchleją nasze serca, gdy przyjdzie nam stanąć przed najbardziej obiektywnym rating’em Sądu Bożego? Dostaniemy potrójne „A” czy spadniemy na koniec kolejki?
Okres Wielkiego Postu to czas szansy, by w świetle umartwienia ocenić swoje życie, ten wielki Wielki Post. Biblia często przypomina: Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Czy nie pędzi on dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia, jak robotnik, co czeka zapłaty? (Hb 7, 1-2). Koncentrowanie się na wielkopostnych wyrzeczeniach bez poszukiwania pełnego sensu tych wyzwań odbiera nam możliwość ogólnej refleksji nad kierunkiem naszego wędrowania przez świat. A jak mówili starożytni: navigare necesse est, vivere non est necesse (Plutarch, Pompeius 50). Co można sparafrazować: życie nie jest koniecznością, ale skoro żyjemy, sterujmy świadomie naszym losem, by brama niebios stała się naszym szczęśliwym portem.
Sygnały Troski Nr 3 (57)







