
Autor: Brat Marek Kalisz, ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo
Drodzy przyjaciele portalu e-sancti.net,
Kiedy kilka dni temu, Pani Maria Cimińska poprosiła mnie o świadectwo mojego powołania, zacząłem się zastanawiać: „co ja napiszę..?”. Dlaczego tak pomyślałem? Ponieważ powołanie i jego dobre odczytanie to bardzo poważna sprawa…
Bardzo ściśle wiąże się ona z formą posłannictwa, którą daje nam Bóg. Każdy z nas otrzymuje swoje osobiste powołanie i misję. Powołanie do bycia mamą, dobrą żoną, wiernym mężem i tatą, ale także lekarzem, informatykiem, prawnikiem, „miłą panią z kiosku”, czy „radosnym księdzem”. Każdy z nas ma swoją misję do spełnienia tu na ziemi. Nawet, kiedy wydaje nam się, że jesteśmy nikomu niepotrzebni, chorzy, zmęczeni życiem. Jak wiele łask można wyjednać u Boga, oddając swoje cierpienie i chorobę w różnych intencjach. Ważne jest, aby dobrze odczytać swoje powołanie. Bóg do niczego nas nie przymusza, często pomaga nam je rozeznać, ale zawsze ma na względzie nasze zdanie. Ważne abyśmy przez nasz wybór drogi życiowej, nie skrzywdzili siebie a przede wszystkim nie skrzywdzili innych. Nigdy nie ma stu procentowej pewności, że dobrze wybraliśmy, jednak, kiedy uprzemy się tylko na swoich życiowych planach, marzeniach, nie biorąc pod uwagę Bożych zamiarów, możemy przez całe życie czuć się troszkę rozczarowani, rozdarci… czasem raniąc innych i siebie.
Osobiście bardzo cenie życie rodzinne. Jestem pełen podziwu dla kochających się małżonków, zmagających się często z wieloma trudnościami. Pieluchy, nieprzespane noce, choroby małych dzieci, trudności w ich wychowaniu, wiek dojrzewania, problemy w pracy, kłótnie rodzinne, wysoki czynsz, a czasem nawet zatroskanie o niedzielny obiad. To wszystko stanowi, wydawać by się mogło, „ponadludzki wysiłek” znoszony tylko dzięki prawdziwej miłości małżonków i dzieci. Do bycia dobrą żoną i mężem, kochającym tatą czy mamą, trzeba mieć powołanie! I to jak wielkie! Każde powołanie jest piękne! A twoje powołanie należy tylko do Ciebie! Nie ważne czym się zajmujesz w życiu, gdzie pracujesz, jeśli jest to twoje powołanie i przez swą prace czynisz dobro, jest to piękne!
Niektórych z nas, Bóg powołuje do życia kapłańskiego, zakonnego, misyjnego, do tego, aby w sposób szczególny poświęcić swoje życie dla Niego, głosząc Ewangelie całemu światu. Teraz nadchodzi moment abym zapytał samego siebie o swoje własne powołanie. Abym zapytał: „Co ja tutaj robię?”, „Dla Kogo tu jestem?”, „Dlaczego wyglądam tak jak wyglądam…?” Oczywiście nie pytam o swoje +5 kilo ale o to, że na co dzień mam pięknie wyprasowaną komżę, sutannę, koloratkę. Czuje się dobrze w miejscu gdzie jestem, mam naprawdę dobrą wspólnotę i wyrozumiałych przełożonych. To, że tu jestem, jest dla mnie wielką tajemnicą. Moje decyzja o wstąpieniu do seminarium nie była poprzedzona tak spektakularnymi znakami jak w przypadku powołania św. Pawła czy Mojżesza.
Moim pierwszym seminarium był dom rodzinny. Wspólna modlitwa wieczorna, jeszcze w dzieciństwie, dbałość o Eucharystie. Można powiedzieć, że Bóg był zawsze blisko mnie, nawet kiedy ja starałem się od Niego uciec. Okna mojego pokoju mieściły się po stronie kościoła. Pamiętam, że jako małe dziecko mogłem dokładnie obserwować, co się dzieje w kościele, nie wychodząc nawet z domu. Pamiętam że jako czterolatek dzwoniłem dzwonkiem na procesji Bożego Ciała. Dzięki staraniom moich rodziców i życzliwości zaprzyjaźnionych Księży uczęszczałem do gimnazjum i liceum Ojców Pijarów. Za co jestem im ogromnie wdzięczny.
Zawsze miałem szczęście do dobrych ludzi. W dzieciństwie poznałem wielu dobrych księży, których spotykałem na co dzień w parafii, szkole, na różnorakich akcjach, dniach skupienia. Już jako 15 latek wiedziałem jak wygląda życie seminaryjne „od podszewki”: rytm dnia, jakie są smutki ale także radości życia kleryckiego.
Tego, że chcę zostać Księdzem nigdy nie brałem wcześniej na poważnie, choć zawsze gdzieś w środku miałem takie myśli. Pamiętam, że jako małe dziecko zawsze po Mszy niedzielnej, w domu odprawiałem swoją własną mszę. Rozdawałem chrupki śniadaniowe, wlewałem sok i wodę do kubeczka. Dbałem o najmniejsze szczegóły. Były dzwonki, obrus, krzyż i świeczki, pianinko jako organy.
Jestem ogromnie wdzięczny za wszystkie dni skupienia na jakie jeździłem. Poznając charyzmaty wielu zakonów. Teraz już wiem że nigdy nie można żartować z Boga! Pamiętam, że zawsze jeździłem na tzw. „powołaniówki” aby poznać ciekawych ludzi, księży, zobaczyć ciekawe miejsca. Bóg był trochę w nich na uboczu.
Moim drugim seminarium był klub sportowy. Od pierwszej klasy gimnazjum uprawiałem rugby. Wydaje mi się że zespół, zawody, liczne obozy i wyjazdy,
nauczyły mnie, czym powinna być prawdziwa wspólnota. Osoby, które na co dzień nie specjalnie się lubiły, na boisku były wstanie zrobić wszystko dla wspólnego dobra, poświęcając często swoje zdrowie dla dobra innych. Nasz zespół był zlepkiem ludzi, o różnym wykształceniu, pozycji społecznej. Byli biedni i bardzo bogaci i wysocy, niscy grubi i szczupli. Ci ludzie z różnych środowisk potrafili stworzyć jeden dobrze funkcjonujący organizm. Kiedy moja kariera sportowa rozkwitała, grałem w reprezentacji Polski, i byłem zadufany w sobie. Bóg sprowadził mnie na ziemie. Na dwa tygodnie przed wyjazdem na mistrzostwa Europy złamałem nogę. Zacząłem zastanawiać się nad swoim życiem. Dotarło do mnie, że może Bóg chce abym coś w nim zmienił.
Była trzecia klasa liceum. Miałem wiele pomysłów na życie (pomijając oczywiście kapłaństwo), w szkole dobrze się uczyłem, w weekendy pracowałem na dobrze płatnym stanowisku w firmie elektronicznej, byłem wysportowany i podobno przystojny. Miałem bardzo fajną i ładną dziewczynę, perspektywy życiowe: inżynier elektronik, piękna żona, trójka dzieci, samochód, domek na wsi. Jednak cały czas w głębi serca czułem, że coś jest nie tak. Miałem wszystko, jednak czegoś mi brakowało.
Pomyślałem sobie kiedyś: „Jak Bóg będzie chciał, to będę kapłanem. Ja tymczasem pójdę na normalne studia”. Stchórzyłem, nie chciałem zostawić życia które wiodłem do tej pory.
Trafiłem na Wydział Mechaniczny Politechniki Krakowskiej. Zafascynowany elektroniką i matematyką, miałem dobre wyniki naukowe. Znów osiadłem na laurach. Po roku moje życie na skutek różnych sytuacji, zmieniło się o 360 stopni. Zacząłem opuszczać się w nauce. Moje studia parły do przodu tylko dzięki wcześniejszemu rozpędowi, powoli się zatrzymując. Odskocznią była nowa praca. w którą bardzo się zaangażowałem. Znów chciałem zagłuszyć wewnętrzny niepokój. Wreszcie, kiedy byłem już zdecydowany powiedziałem: „Nie mogę tak dalej żyć!” i postanowiłem wstąpić do zgromadzenia.
Świat znów chciał mnie zatrzymać dla siebie. Pracowałem praktycznie do samego momentu przed wstąpieniem do seminarium. Na kilka dni przeplanowanym złożeniem rezygnacji z pracy, dostałem propozycje wysokiego awansu. Odpowiedziałem, że zmieniam studia, muszę wyjechać do innego miasta (pracowałem wtedy w Warszawie). Mój pracodawca bardzo chciał mnie zatrzymać w firmie. Proponował przeniesienie, inne dogodniejsze dla mnie warunki, jednak kiedy powiedziałem prawdę, że idę do seminarium – zamilkł. Po chwili powiedział: „Bardzo dużo grzeszę, nie chodzę do kościoła, teraz to już na pewno skazał bym się na piekło, kiedy nie puścił bym Cię do seminarium”.
Pomimo mojego wielkiego oporu i ociągania się z decyzją, dzięki różnorakim sytuacją (nie zawsze łatwym dla mnie) i osób, którym teraz jestem bardzo wdzięczny, Bóg sprawił, że musiałem odłożyć cyrkiel, ołówki oraz korki i piłkę na półkę i zmienić swoje życie. Decyzja o wstąpieniu do seminarium była dla mnie bardzo trudna, jednak po czterech latach muszę stwierdzić, że decyzja o wstąpieniu do seminarium nie jest jednorazowym aktem, ale codziennym „TAK” wypowiadanym na wezwanie Boga. „TAK” w chwilach duchowych uniesień, ale także „TAK” w chwilach kryzysów i rozterek. Jest to ciągłe odkrywanie Pana Boga.
Wstępując do seminarium wciąż pozostaje się człowiekiem, który ulega ciągłej przemianie, poprzez modlitwę i więź z Bogiem, kształtuje ducha i intelekt, rezygnuje ze swoich przyzwyczajeń. Z wielu rzeczy musi się zrezygnować, za wieloma tęskni. Jednak nie można patrzeć na to tylko w sensie negatywnym.
Pozostawiając jedno a zyskując coś innego. Sportowiec który chce osiągnąć dobre wyniki musi bardzo ciężko pracować i z wielu rzeczy się wyrzec. Najważniejsze jest aby nigdy nie tracić celu do jakiego się zdąża – głoszenie radosnej Nowiny i pomoc innym w zbawieniu….
Dlaczego Misjonarze św. Wincentego?

Wybrałem Misjonarzy ze względu na działalność jaką prowadzą. Polska Prowincja prowadzi misje na całym świecie: nie tylko w Europie, ale także w Kongo, Madagaskarze, Papui Nowej Gwinei, Tajwanie, Kazachstanie i wielu innych krajach. Prowadzi fundacje „u Siemachy” i „Księdza Siemaszki”, które wspierają przez swoją działalność dzieci i młodzież. Misjonarze służą jako kapelani w szpitalach i więzieniach. Bliskie jest im głoszenie misji parafialnych i rekolekcji. Pomagają w wielu seminariach w Polsce i na świecie służąc jako wykładowcy, ojcowie duchowni i wychowawcy. Kształcą przyszły kler prowadząc Instytut Księży Misjonarzy, a przede wszystkim jesteśmy duchowymi synami św. Wincentego a Paulo, świętego kapłana, którego reformy i pomysły wybiegały daleko w przyszłość, przed epokę w której żył. Instytucje charytatywne, formacja kleru w seminariach, siostry zakonne, które nie dzieli od świata klasztorna krata – to wszystko pomysły naszego Założyciela.
Na koniec zwracam się do Was z gorącą prośbą. Proszę Was, drodzy Czytelnicy portalu e-sancti.net o modlitwę za ludzi młodych, którzy wahają się w swoim życiu, nie wiedząc często jaką drogą pójść, o to, aby nie zabrakło w naszej Ojczyźnie i na całym świecie, dobrych rodziców i małżonków oraz świętych kapłanów i sióstr zakonnych.
Panie, daj nam łaskę wytrwania i spraw, abyśmy dzięki Twojemu błogosławieństwu stawali się godnymi powołania, do jakiego zostaliśmy wezwani [Modlitwy Rodziny Wincentyńskiej, s. 89].
Święty Wincenty a Paulo – módl się za nami.
Foto.3. www.misjonarze.pl





