NOBISCUM AD CAELUM…

Włócznia św. Longinusa wystawiona w Bazylice św. Piotra. Wierni oddali cześć relikwii Męki Pańskiej

W Bazylice św. Piotra w Watykanie wierni, pielgrzymi oraz odwiedzający mogli uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu – publicznym wystawieniu włóczni św. Longinusa, uznawanej za jedną z najważniejszych relikwii związanych z Męką Jezusa Chrystusa. To właśnie nią, według przekazu Ewangelii św. Jana, rzymski żołnierz przebił bok ukrzyżowanego Zbawiciela.

Uroczystej liturgii przewodniczył abp Calogero La Piana. Obchody rozpoczęły się modlitwą przy Ołtarzu Konfesji, po której wierni wyruszyli w procesji pokutnej przez nawę główną świątyni, śpiewając Litanię do Wszystkich Świętych. Celebracja Eucharystii przebiegała w atmosferze ciszy i skupienia, właściwej dla przeżywanego okresu Wielkiego Postu.

Centralnym momentem wydarzenia było ukazanie relikwii w Loggii św. Weroniki. Włócznia, na co dzień przechowywana w Bazylice Watykańskiej, należy do najcenniejszych pamiątek związanych z ostatnimi chwilami życia Chrystusa na krzyżu.

W programie sobotniego statio znalazła się również Msza Święta przy Ołtarzu Katedry oraz adoracja Najświętszego Sakramentu.

Tradycja kościołów stacyjnych sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa w Rzymie. W czasie Wielkiego Postu wierni codziennie gromadzili się na wspólnej modlitwie pod przewodnictwem papieża lub jego przedstawiciela, odwiedzając każdego dnia inną świątynię. Ostateczny kształt tej praktyki ustalił papież św. Grzegorz Wielki.

Miłość silniejsza niż choroba

AUTOR: ks. Tomasz Bieliński

Janek poznał Agnieszkę, gdy przebywał w Polsce, zatrudniony do szkolenia młodych pilotów. Kiedy po kilku miesiącach brali ślub, wiedział, że jej choroba jest nieuleczalna.

Poznałem ich w 2000 r., w jednej z parafii polskich w Paryżu, gdzie pewnej wiosennej niedzieli sprawowałem Eucharystię. Zauważyłem ich, gdy wychodziłem z zakrystii do ołtarza: ona na wózku inwalidzkim, on – tuż przy niej. Moją uwagę zwróciły ich radosne spojrzenia, z których emanował wewnętrzny pokój.
Po liturgii dowiedziałem się, że byli małżeństwem. On – Francuz, poznał Agnieszkę, gdy kilka lat wcześniej przebywał w Rzeszowie, szkoląc młodych pilotów. Miłość od pierwszego wejrzenia? Można tak powiedzieć, skoro kilka miesięcy później stanęli na ślubnym kobiercu.

Złowieszcza diagnoza

Wszystko wyglądałoby pięknie, niczym w bajce, gdyby nie fakt, że dziewczyna cierpiała na odziedziczoną po matce atrofię móżdżku. Jest to jedno z najrzadziej występujących schorzeń na świecie i bardzo trudno je rozpoznać, gdyż jego objawy pojawiają się dopiero w okresie dojrzewania lub nawet później.
Agnieszka urodziła się całkowicie zdrowa. Jej mama zmarła na atrofię w 27. roku życia, gdy dziewczynka miała niecałe trzy latka. Lekarze uspokajali ojca, że nie zawsze dzieci dziedziczą tę chorobę. Jednak gdy Agnieszka skończyła szesnaście lat, zaczęły pojawiać się problemy z utrzymaniem równowagi oraz szybkie męczenie się. Początkowo lekarze podejrzewali stwardnienie rozsiane. Niestety diagnoza postawiona po przeprowadzeniu specjalistycznych badań brzmiała jak wyrok: atrofia móżdżku – choroba nieuleczalna. Agnieszce prognozowano nie więcej niż pięć lat życia.

Choroba postępuje

Mimo potęgujących się trudności dziewczynie udało się skończyć szkołę zawodową i podjąć pracę. To właśnie wtedy spotkała starszego od siebie o dziesięć lat francuskiego pilota, rodem z Paryża. Gdy podjęli decyzję o małżeństwie, narzeczony był w pełni świadomy tego, co miały przynieść najbliższe lata. Lekarze zgodnie przewidywali, że ciało Agnieszki będzie ulegało postępującemu paraliżowi.
Złowieszcze ostrzeżenia zespołu specjalistów opiekujących się chorą nie zmąciły jednak w Janku pewności, że jego decyzja jest słuszna. Po ślubie małżonkowie postanowili przeprowadzić się do Paryża w nadziei, że tamtejsza służba zdrowia zapewni Agnieszce lepszą opiekę, a medycyna być może wynajdzie skuteczne lekarstwo na jej chorobę. Równocześnie modlili się o cud, jeśli – jak to sami określali – taka byłaby wola Pana Boga. Póki co, chora nie przyjmowała żadnych medykamentów, bo takowe nie istniały.
W miarę upływu czasu prognozy lekarzy sprawdzały się wyjątkowo dokładnie. W trzecim roku małżeństwa Agnieszka usiadła na wózek, z którego miała się już nigdy nie podnieść. Trzy lata później pojawiły się problemy z przełykaniem. Odtąd karmiono Agnieszkę specjalnym preparatem, podawanym bezpośrednio do żołądka. Dodatkowo blokada przełyku uniemożliwiała prawidłowe oddychanie; trzeba było wstawić rurkę tracheotomiczną.

Damy radę

Chora potrzebowała coraz większej opieki. Janek musiał odłożyć swoje plany pracy w liniach pasażerskich i przyjąć etat instruktora latania na małych samolotach w aeroklubie, oddalonym od miejsca zamieszkania o 150 km! Lepszej propozycji nie miał, a ta dawała mu szansę przebywania stale z ukochaną, gdyż… mógł ją zabierać do pracy. Dzięki życzliwości dyrektora aeroklubu dwa razy w tygodniu Janek przyjeżdżał na lotnisko z żoną, wkładał ją na tylne siedzenie czteroosobowego samolotu, po czym startował z nią i z uczniem w kilkugodzinny lot.
Takie transportowanie ciężko chorej, częściowo sparaliżowanej młodej kobiety, mogłoby się wydawać ryzykowne, a nawet nieludzkie. Powinna raczej przebywać w domu pod fachową opieką. Niestety niskie zarobki Janka nie pozwalały na zatrudnienie pielęgniarki na stałe. Okazało się jednak, że podniebne podróże wyszły Agnieszce na dobre. Jak bowiem stwierdził lekarz – dzięki tej przedziwnej „rehabilitacji” zachowała najwyższą sprawność spośród wszystkich pacjentów cierpiących we Francji na tę chorobę.

Miłość zwyciężyła

W dwunastym roku swojej choroby Agnieszka była już prawie nieruchoma na łożu boleści. Gdy któregoś dnia zapytałem ją, dlaczego nie przyjmuje środków znieczulających, usłyszałem: „Bo wtedy nie mogłabym odmawiać różańca, a to jedyna rzecz, którą mogę jeszcze uczynić dla innych”.
Często powtarzała, że swoją chorobę ofiarowuje za Jana Pawła II i za kapłanów. Bardzo jej zależało na zbawieniu wszystkich ludzi. Kiedyś w szpitalu, gdy nie mogła już mówić, poprosiła mnie znakami, żebym porozmawiał z kobietą z sąsiedniego łóżka, która była smutna. Po rozmowie i modlitwie osoba ta odzyskała radość i nie przestawała dziękować Agnieszce za to, że przysłała do niej księdza. Taka była Agnieszka.
A jaki był Janek? To człowiek głębokiej wiary, która mu pozwala odkryć Jezusa tak blisko obecnego w bliźnim. Czuwając nocami przy żonie, często był niewyspany i mogły mu puścić nerwy. Nigdy się jednak tak nie stało, a przynajmniej tego nie okazał. Ani razu też nie usłyszałem z jego ust słowa narzekania! Potrafił zawsze za wszystko dziękować Bogu. Często powtarzał mi, że codziennie rano, gdy otwierał oczy, nasłuchiwał najpierw, czy żona oddycha i zaraz dziękował Panu za to, że ona żyje.
Nadszedł jednak dzień, gdy Janek nie usłyszał jej oddechu. Nie obudziła się. Odeszła spokojnie, z uśmiechem na ustach. Kilka tygodni wcześniej, gdy zauważyłem jego wyjątkowe zmęczenie pogarszającym się stanem zdrowia małżonki, zadałem pytanie: „Janku, gdybyś mógł jeszcze raz wybrać…?”. Spojrzał na swoją ukochaną i odpowiedział: „Gdybym mógł na nowo nawet dziesięć razy wybierać, za każdym razem wybrałbym właśnie tę kobietę na moją żonę, gdyż to, co ja jej daję, jest niczym w porównaniu z tym, czego ona mnie nauczyła”.

ŹRÓDŁO: Różaniec – wydanie nr 2 / luty 2011
Różaniec

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *