
O rozwoju swojej choroby, naprawianiu relacji i Bogu powiedział w rozmowie z Przemysławem Radzyńskim, Alkoholik K.
Pamiętasz swój pierwszy kieliszek?
Pamiętam kilka epizodów związanych z alkoholem. Miałem 14, może 15 lat. Ale nie mogę dać gwarancji, że to był absolutny początek. To było piwo z przyjacielem z sąsiedztwa. Wypiliśmy je po szkole, w ukryciu. Było okropnie gorzkie i ledwo przechodziło nam przez gardła, ale żaden z nas się do tego nie przyznał (śmiech). Wracam do tego wydarzenia i uświadamiam sobie, że już wtedy w moim życiu dominował strach i potrzeba bycia kimś innym, niż jestem. To było kompletnie nieuświadomione, ale kształtowało całe moje dalsze życie. Z perspektywy czasu mój alkoholizm to 1 procent picia i 99 procent strachu. Strachu we wszelkich możliwych odmianach.
Jak było później?
Później, przez wzgląd na alkoholizm taty, nie piłem w ogóle do 19 roku życia. Był taki czas, że manifestowałem swoją abstynencję i z pogardą patrzyłem na tych, którzy piją. Okres liceum. Wiesz, byłem przekonany, że są kompletnie nieodpowiedzialni, niemoralni, w najlepszym wypadku przejściowo głupi. Dzisiaj tęsknie do tych ludzi. Wszyscy, bez wyjątku, byli absolutnie wartościowi. To była wspaniała klasa. Nie potrafiłem zbudować z nimi relacji więc odgrodziłem się ścianą surowych zasad. To znów był strach. Tata chorował, mama chorowała (jest współuzależniona), więc w domu nie mogłem liczyć na nic trwałego. Surowe, skrajne zasady moralne były wodą na młyn. W końcu coś trwałego, niezmiennego i doskonałego. Wiesz ile razy wtedy usłyszałem, że doskonały jest tylko Bóg? Pycha zawsze wynika ze strachu. Miałem uszy, ale nie słuchałem (śmiech).
Regularne picie zacząłem na studiach. Studiowałem teologię i trafiłem na środowisko gdzie większość ludzi nie pije, albo pije bardzo mało. Z różnych względów. W pewnym momencie imprezowy styl życia dał mi nieuzasadnione, ale w pełni odczuwalne prawo do czucia się lepszym. Bycie lepszym było jedyną znaną mi drogą do bycia akceptowanym. Akceptowanym to złe słowo, za słabe. Do bycia kochanym. Alkohol spotęgował mój deficyt miłości a jednocześnie był lekarstwem. Błędne koło. Pijesz, bo brakuje Ci miłości, ale w konsekwencji picia jest jej jeszcze mniej. Skoro jest jej jeszcze mniej to pijesz więcej. Prawda jednak była taka, że cały czas miałem wokół siebie wielu ludzi: chorych, ale kochających rodziców, wielu oddanych przyjaciół. Nie mogłem tego zobaczyć. Na pół roku przed zaprzestaniem picia, piłem trzy, cztery piwa w tygodniu i średnio raz na tydzień imprezowałem „do spodu”. Średnio, bo były okresy, gdy nie piłem przez tydzień lub dwa, ale później skutecznie nadrabiałem ten suchy czas.
Kiedy pierwszy raz się upiłeś?
Pierwszy raz „do spodu” upiłem się w górach. Na wyjeździe, który współorganizowałem. Miałem 19 lat. Długo budowałem z tego wydarzenia pomnik: przy każdej nadarzającej się okazji opowiadałem, co się wówczas wydarzyło. To było kilka zabawnych epizodów. Zabawnych, kiedy patrzy na nie wąsko. Szersza perspektywa daje innych obraz: już wtedy wchodziłem w śmiertelną, nieuleczalną chorobę. Ale kto myśli o śmiertelnej, nieuleczalnej chorobie, kiedy ma 19 lat i świat czeka na zdobycie? (śmiech). Wtedy ostrzeżenia po prostu nie działają. Tata alkoholik, mieszkający po sąsiedzku wuj, który śmiertelnie zatruł się alkoholem medycznym, kilka prelekcji na różnych szczeblach edukacji. Mnóstwo żywych-umarłych alkoholików wokół. Wiedziałem, że to okrutna choroba, ale mnie ona nie dotyczyła. Dlatego dzisiaj nie próbuję nikogo przestrzegać. Myślę, że byłoby to nieuczciwe.
Przez ostatnie pół roku picia średnio raz na tydzień piłem do utraty świadomości. Zdarzały się dość częste okresy picia w ilościach, które pozwalały mi wrócić do domu o własnych siłach, ale z czasem było ich coraz mniej.
Jak dużo piłeś?
Ilości nie mają tak naprawdę znaczenia, albo mają znaczenie drugorzędne. Od jednego ze swoich przyjaciół usłyszałem kiedyś zdanie, z którym absolutnie się utożsamiam: „ilekroć próbowałem kontrolować swoje picie, nie sprawiało mi ono przyjemności, a kiedy sprawiało mi przyjemność – nie mogłem go kontrolować”. Na pewnym etapie rozwoju choroby picie, które nie kończyło się utratą świadomości straciło już sens.
Po roku abstynencji złapałem się na czymś zabawnym. Stałem w kolejce do kasy. Przede mną stała dziewczyna, która w koszyku miała dwa piwa. Byłem absolutnie zdziwiony, że tylko dwa. Nie mogłem zrozumieć po co komuś dwie puszki piwa. Przecież z taką ilością alkoholu nie można zrobić niczego konstruktywnego! Mogę mieć dzisiaj do tego dystans i patrzeć na takie sytuacje z uśmiechem, bo wiem, że to objaw mojej choroby.
Chciałeś komuś przez to zaimponować?
Na pewno chciałem czuć się częścią większej całości. Wiedzieć, że ludziom na mnie zależy. Imprezy były drogą na skróty do tego, aby być zauważonym i docenionym. Szybki efekt . Czy raczej iluzja efektu: po kilku kieliszkach faktycznie czułem, że moje potrzeby są zaspokojone, choć było to oderwane od rzeczywistości. Po kilku, kilkunastu kolejnych było skrajnie odwrotnie – cierpiałem. To część tej choroby – robisz sobie krzywdę i wierzysz, że w ten sposób możesz sobie pomóc.
Co na to rodzina? Znajomi?
Mama z tatą nie chcieli widzieć problemu. Cierpieli, bo pewnych rzeczy nie dało się nie dostrzec. Wracałem późno, rano nie wychodziłem z łóżka, byłem przemęczony. Mama ubrała płaszcz z zaprzeczeń: że dużo pracuję, zawsze sporo chorowałem, przecież całe życie zarzekałem się, że nie będę pił, więc z pewnością to nie jest choroba alkoholowa. Doskonale ją rozumiem.
Znajomi pytali czy wszystko jest w porządku. Czy nie piję zbyt dużo. Robili to zawsze bardzo delikatnie. Reagowałem agresywnie albo pogardliwie. Rzadziej z aktorską uprzejmością i pobłażaniem. Zawsze zaprzeczałem. Różnymi reakcjami ukrywałem swój strach. Gdzieś, głęboko w środku drzemało przekonanie, że jeśli będę „niedoskonały”, gorszy, to zostanę bez nich.
Kiedy dostrzegłeś, że masz z tym problem? Ktoś Ci pomógł?
Kiedy pod wpływem alkoholu przekroczyłem granicę, której nigdy, absolutnie nigdy, nie chciałem przekroczyć. Mimo, że wypowiadam się anonimowo, ta sytuacja dotyczy innych osób (w tym mi najbliższych). Musiałbym więc mówić również o nich, a nie jestem do tego upoważniony. Po jednej z imprez wróciłem do domu i kiedy tylko doszedłem do siebie w Google wpisałem „problem z alkoholem Kraków” i zadzwoniłem pod pierwszy adres, jaki zwróciła wyszukiwarka. To był Ośrodek Leczenia Uzależnień na ul. Estery w Krakowie. Następnego dnia, kiedy poczucie winy i ból fizyczny zaczęły powoli ustępować, nabierałem przekonania, że wizyta w Ośrodku nie jest najlepszym pomysłem. Dałem jednak słowo żonie i obiecałem to swojemu przyjacielowi. Wierzyłem, że nie jestem alkoholikiem – co najwyżej DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików – przyp. red.). Liczyłem, że usłyszę właśnie taką diagnozę i cała sprawa szczęśliwie się zakończy. Po kilku krótkich pytaniach (trzech lub pięciu, dokładnie nie pamiętam) zdiagnozowano mnie jako alkoholika (śmiech).
Skrajne doświadczenia doprowadziły Cię do terapii.
Pierwsze spotkanie grupy terapeutycznej było trudne. Byłem najmłodszym uczestnikiem i chyba jedynym, który trafił tam bez wyroku sądowego. Traktowałem obecność między tymi ludźmi jako karę. To był koniec lutego, było już ciepło, wracałem spacerem z ośrodka i pytałem Boga dlaczego spotyka mnie jeszcze to: ojciec alkoholik, dzieciństwo, które wyglądało jak wyglądało i ja też? Coś zaczęło się we mnie łamać. Jednak już po chwili doszedłem do wniosku, że to miejsce nie jest dla mnie. Studiuję, prowadzę własną działalność, utrzymuję względnie dobry status materialny i mam przed sobą szereg perspektyw. Typ lidera. Znów strach przed rzeczywistością (w tym przypadku przyznaniem, że jestem chory) przykryłem dumą i poczuciem wyższości nad ludźmi, których chwilę temu poznałem. Aktorstwo. Typ lidera (śmiech), który chce być zawsze pierwszy tylko po to, aby nikt nie zobaczył, jak bardzo sobie nie radzi. Postanowiłem jednak iść jeszcze na spotkanie indywidualne. Tylko po to, aby z pełnym uzasadnieniem móc powiedzieć: spróbowałem, byłem, ale to nie ma sensu.
Kilka dni później spotkałem się ze swoim terapeutą. Nie pamiętam nic z tego spotkania, poza jednym wydarzeniem, kiedy już wychodziłem. Pod koniec rozmowy ten człowiek dał mi swój numer telefonu i powiedział, że mogę zadzwonić o każdej porze. Poprosił tylko, żebym dzwonił przed sięgnięciem po pierwszy kieliszek, a nie po. Uzasadnił to faktem, że sam jest alkoholikiem i, że rozmowa z osobą nietrzeźwą nie jest dla niego komfortowa i może stanowić zagrożenie. Szukam mądrego określenia na swój stan po tych słowach, ale jedyne co przychodzi mi do głowy to to, że jego wyznanie kompletnie mnie rozbiło. Mówiło spokojnie, z uśmiechem, że jest alkoholikiem! Zaoferował swój czas o każdej porze dnia i nocy, nawet poza godzinami pracy!
Jakiś czas później, już we wspólnocie Anonimowych Alkoholików, do której trafiłem również dzięki pomocy tego terapeuty, przeczytałem w naszym tekście podstawowym, że „alkoholik, który znalazł dla siebie wyjście z sytuacji, który jest bogato wyposażony w fakty z własnego doświadczenia zdobywa zazwyczaj kompletne zaufanie innego alkoholika w ciągu kilku godzin”.
Terapia była skuteczne? Zdrowiałeś?
Po trzech miesiącach bycia w terapii, kiedy mój stan psychiczny i fizyczny zaczął się nieznacznie poprawiać, uznałem, że problem jest jednak wydumany i przesadzony. Piłem przez pięć dni. Od dwóch piw pierwszego dnia, systematycznie zwiększając dawkę, do kompletnego upicia się i utraty przytomności pod koniec. Żona znalazła mnie półprzytomnego na krakowskich plantach.
W końcu, 27 kwietnia 2010 roku obudziłem się w mieszkaniu swojego najlepszego przyjaciela. To był mój pierwszy dzień bez alkoholu. Od tamtej pory nie piję. Moi bliscy powiedzieli wyraźne „dosyć”. Uwierzyłem, że granica została przekroczona. To ostatni raz, kiedy mi pomagają. Strach, który całe życie mnie okradał, tu spełnił swoje zadanie. Popchnął mnie w stronę sięgnięcia po pomoc. Wróciłem do terapeuty-alkoholika i usłyszałem sugestię, że być może potrzebuję czegoś więcej, czegoś większego – wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Myślałem o AA stereotypowo, więc wydrukowałem ściągnięty z internetu spis spotkań i poprosiłem terapeutę, aby pomógł znaleźć mi grupę specjalnie dla mnie (wiesz, w końcu nie jestem pierwszym lepszym alkoholikiem!). Zaznaczył na kartce niemal wszystkie grupy w miejscu mojego zamieszkania. Wszystkie poza grupą kobiecą. Miał rację – wszystkie te grupy były specjalnie dla mnie. To w AA zrozumiałem i zaakceptowałem kim jestem. Również tam dowiedziałem się, że jest sposób.
* Tekst jest poszerzoną wersją wywiadu „Demokratyczna choroba” opublikowanego w miesięczniku Tryby 8/2012
cdn.(Red.Sancti)






