NOBISCUM AD CAELUM…

Włócznia św. Longinusa wystawiona w Bazylice św. Piotra. Wierni oddali cześć relikwii Męki Pańskiej

W Bazylice św. Piotra w Watykanie wierni, pielgrzymi oraz odwiedzający mogli uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu – publicznym wystawieniu włóczni św. Longinusa, uznawanej za jedną z najważniejszych relikwii związanych z Męką Jezusa Chrystusa. To właśnie nią, według przekazu Ewangelii św. Jana, rzymski żołnierz przebił bok ukrzyżowanego Zbawiciela.

Uroczystej liturgii przewodniczył abp Calogero La Piana. Obchody rozpoczęły się modlitwą przy Ołtarzu Konfesji, po której wierni wyruszyli w procesji pokutnej przez nawę główną świątyni, śpiewając Litanię do Wszystkich Świętych. Celebracja Eucharystii przebiegała w atmosferze ciszy i skupienia, właściwej dla przeżywanego okresu Wielkiego Postu.

Centralnym momentem wydarzenia było ukazanie relikwii w Loggii św. Weroniki. Włócznia, na co dzień przechowywana w Bazylice Watykańskiej, należy do najcenniejszych pamiątek związanych z ostatnimi chwilami życia Chrystusa na krzyżu.

W programie sobotniego statio znalazła się również Msza Święta przy Ołtarzu Katedry oraz adoracja Najświętszego Sakramentu.

Tradycja kościołów stacyjnych sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa w Rzymie. W czasie Wielkiego Postu wierni codziennie gromadzili się na wspólnej modlitwie pod przewodnictwem papieża lub jego przedstawiciela, odwiedzając każdego dnia inną świątynię. Ostateczny kształt tej praktyki ustalił papież św. Grzegorz Wielki.

Polska jest jedna

Autor: Jacek Karnowski

Temat dwóch Polsk – naszej ojczyzny podzielonej na dwie Polski – na poważnie podjął socjolog prof. Radosław Markowski. Najpierw na zjeździe socjologów, później na łamach „Gazety Wyborczej” rzucił hasło „funkcjonalnego federalizmu”: „Kiedyś zrobili to Holendrzy. Stwierdzili, że są wśród nich katolicy, protestanci i ludzie świeccy, i nie ma powodów, żeby kłócili się o swoje pomysły na życie i próbowali się nawracać na swoje przekonania. Postanowili zinstytucjonalizować swoje odmienności” – mówił Markowski, proponując federację filarów „oświeceniowo-świeckiego” i „katolicko-narodowego”. Każdy z filarów miałby swoje przedszkola, swoje szkoły, osobne systemy edukacyjne etc.

Propozycja początkowo wydawała mi się intelektualną prowokacją, wołaniem o refleksję nad głębokością podziałów wśród Polaków. Dziś jednak nie mam już pewności, czy była to wyłącznie prowokacja. Bo „federalizm” wyraźnie chwycił. Temat – na okładce – podjął tygodnik „Polityka”, proponując – znów pół żartem, pół serio – utworzenie POlandi i PiSlandi, czyli „Polskiej Republiki Federalnej”. „W ten sposób każdy by miał Polskę, jaka mu się mniej więcej podoba, i każdy mógłby żyć wedle reguł, które z grubsza akceptuje” – stwierdził red. Jacek Żakowski, znany z tego, że rozmawia tylko z ludźmi myślącymi identycznie jak on.

Mimo wszystko nadal mogło się wydawać, że jesteśmy na granicy intelektualnej zabawy. Mogło, gdyby nie zaskakująca wypowiedź premiera podczas niedzielnej konwencji PO. Otóż szef rządu, mówiąc o różnicach pomiędzy jego partią a PiS, użył niemieckiej metafory: „Wiele lat temu były po naszej zachodniej granicy dwa państwa, RFN i NRD. Oni też się między sobą niewiele różnili – mówili tym samym językiem, mieli podobną historię, tylko tak się jakoś dziwnie działo, że kierunek ucieczki był zawsze z jednego kraju do drugiego” – stwierdził premier. A więc z jednej strony ludzie Kohla, z drugiej ludzie Honeckera.

Skoro teza o trwałym, nieusuwalnym pęknięciu Polski przedarła się do świata polityki, sprawa jest poważna. Owszem, premier używa metafory RFN i NRD jako kontynuacji swojej retoryki, w której jego wyborcy są cywilizowani i światli, a wyborcy opozycji – zacofani, ciemni, a chwilami wręcz szaleni, innymi słowy, są „watahą”, jak to ujął swego czasu Radosław Sikorski. Ale tak otwarte – choć poprzez skrajnie fałszywe etykietki – wskazywanie na istnienie dwóch polskich „plemion”, dopuszczalne dotąd wyłącznie w publicystyce, w ustach szefa rządu całej Polski staje się nową jakością. Jest przede wszystkim instytucjonalizacją podziałów, uznaniem ich za trwały element społecznego krajobrazu. Logicznym wnioskiem jest konstatacja, że Polacy już nigdy nie będą jedną wspólnotą. Już zresztą pojawiają się „mapy” z Polską przedzieloną wysokim murem mniej więcej wzdłuż Wisły.

Zdaniem komentującego tezy Markowskiego Piotra Zaremby, wzywający do „federalizmu” intelektualiści mówią de facto do prawicy: „Tak bardzo rozrywacie życie społeczne Polski, że nie zasługujecie na nic więcej, jak na ścisłą segregację, jak w systemie apartheidu”. Tak, jest w tym pogarda. Ale jest i coś jeszcze: uznanie, że naiwna pedagogika „oświeceniowa”, którą wyniesiono do poziomu aksjomatu na początku lat 90., legła w gruzach. Głoszono wówczas, że wszelka polska specyfika – w tym zwłaszcza religijność i patriotyzm – skazana jest na obumarcie. Że to tylko kwestia czasu, ponieważ prawa świata liberalnego są nieubłagane.

Tymczasem okazało się, że choć minęło 20 lat, wciąż liczna grupa Polaków pozostaje wierna przesłaniu przodków. W kościołach nadal sporo jest młodych ludzi, a model neurotycznego feminizmu nie stał się życiowym wyborem większości Polek. Innymi słowy – polska „katolicko-narodowa” (przyjmując tę krzywdząco-zawężającą etykietkę) żyje i wcale nie wymiera. Tak więc Markowski – a za nim inni – przyznają, że polska specyfika, dla wielu z nas niezwykle cenna, żyje i ma się dobrze. I to jest powód do optymizmu. Przy jednym zastrzeżeniu: nie można przyjąć optyki dwóch Polsk jako podstawy myślenia i działania. Polska jest jedna.

Źródło:

Tygodnik Idziemy Nr 47 (272) 21.11.2010

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *