Wywiad z Siostrą. Tadeuszą – dominikanką, misjonarką z Kamerunu
S. B. Cieszę się, że możemy porozmawiać na temat tego szczególnego powołania jakim jest powołanie misyjne. Razem realizujemy naszą dominikańską drogę w Kościele, jednak nie wszystkie dominikanki są misjonarkami w krajach pierwszej ewangelizacji tzw. misji ad gentes.
Misje, to szczególne wezwanie, stąd można mówić o szczególnym powołaniu, które
w przypadku życia zakonnego jest „powołaniem w powołaniu”.
Czy może Siostra podzielić się tą tajemnicą „powołania w powołaniu?”
S.T. Trzeba najpierw przypomnieć co to jest powołanie.
Najkrócej mówiąc, jest to wezwanie Boże do wyłącznej służby dla Niego. Rozeznajemy je poprzez różne znaki np. większe pragnienie modlitwy, przebywania w ciszy z Bogiem, wnikliwsze zainteresowanie się tematyką religijną, chęć przebywania z osobami z kręgów Kościoła, itp.
Akceptując to wezwanie Boże, chcemy je realizować. I wówczas przychodzi moment decyzji – gdzie i jak?
W moim przypadku, decyzja była krótka, bo moja ciocia (siostra mojej mamy),bardzo przeze mnie lubiana, jest dominikanką, więc chciałam być tam gdzie Ona i realizować moje powołanie do służby Bożej jako dominikanka.
Na początku było to dla mnie apogeum szczęścia – móc służyć Bogu poprzez ludzi na różnych placówkach na terenie kraju.
Z tą pełnością szczęścia doszłam aż do Junioratu ścisłego tj. rocznego czasu przygotowania do ślubów wieczystych w naszym macierzystym klasztorze w Wielowsi. Tam coraz bardziej uświadamiałam sobie, że odczuwam pragnienie do służenia Bogu jako dominikanka, ale w krajach misyjnych. A co ważne, Zgromadzenie nasze jeszcze wtedy nie podjęło misji w Afryce!
Od momentu odkrycia misyjnego powołania, aż do jego realizacji minęło jednak długich 10 lat. Te lata były mi jednak bardzo potrzebne. Było to powolne dojrzewanie do podjęcia trudnych zadań w Afryce. Jakby powolne oswajanie się z „powołaniem w powołaniu”.
W naszym Zgromadzeniu decyzja wyjazdu na misje jest dobrowolna. Po takim zgłoszeniu się trzeba przejść przez odpowiednie przygotowanie. Dotyczy to zarówno nauki języka kraju do którego będzie się posłanym jak też przystosowania do kultury oraz nowych zadań apostolskich.
Zgromadzenie w tym celu posłało mnie do Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Było to roczne przygotowanie, po czym na kilka miesięcy zostałam posłana do Francji, by „doszlifować” język. W tej części Kamerunu gdzie jest nasza misja obowiązuje język francuski.
S. B. Wiele osób tylko dlatego nie odważa się iść na krańce świata, że paraliżuje je lęk przed odmiennością kultury, języka, lęk przed chorobami, a także przed materialnymi kłopotami. Często też osoby te obawiają się samotności i tego, że powracając z misji, choćby na wakacje, są postrzegane jak podróżnicy, na których patrzy się szerokimi oczami, wprawdzie chętnie słucha, jednak nie wiele rozumie
z tego co mówią.
Co Siostra powiedziałaby wszystkim lękającym się. – jak pomogłaby im pokonać bariery lęku?
S. T. A myśli Siostra, że dlaczego ja „dojrzewałam” aż 10 lat do wyjazdu na misje.
Też z tego samego powodu! Odczuwałam pragnienie wyjazdu i równocześnie się bałam. Tak te wszystkie lęki były we mnie obecne. Myślę, że to ludzkie i normalne. Nie jest to bynajmniej sytuacja tylko wyjeżdżających na misje. Zawsze, kiedy stajemy przed nową decyzją, wyborem życiowym, zwyczajnie się boimy, czy podołamy, jak to wszystko się ułoży itd.
Znałam dużo dziewcząt, które odczuwały powołanie zakonne, ale to co ludzkie, co doczesne, te różne lęki tak je zdeterminowały, że udaremniły podjęcie drogi powołania.
Jak to wszystko pokonać?
Myślę, że tylko poprzez wiarę i zaufanie do Boga. Tylko, że tę wiarę trzeba stale rozwijać i pogłębiać w modlitwie, poprzez czytanie Pisma św., dobrych książek, dobre rozmowy, rekolekcje, przynależność do ruchów czy grup religijnych itp.
Przeszkód jest wiele, gdyż szatan nie chce, by się powiększało grono wybranych i powołanych! Więc te lęki będzie rozbudzał i wyolbrzymiał. Jest takie piękne zawołanie psalmisty: „Najwyższy, ilekroć mnie trwoga ogarnie w Tobie położę nadzieję”. Albo pierwsze słowa Ojca św. Jana Pawła II podczas ostatniej pielgrzymki: „Nie lękajcie się”.
Innym problemem poruszanym przez Siostrę jest przyjazd misjonarzy do Ojczyzny. Jest faktem, że ludzie patrzą na misjonarzy zupełnie innymi oczyma niż na innych powołanych. Jestem już drugi raz w Polsce i bardzo to odczuwam. Dla tych samych ludzi, których znałam od lat, stałam się nagle zupełnie innym człowiekiem.
Jak to w rzeczywistości wygląda?
1.Dla bardzo wielu stałam się „bohaterką”. Idealizują wszystko co robię, aż to zawstydza i żenuje. Robię to samo co w Polsce tylko na innym kontynencie. Borykam się ze swoimi słabościami i przywarami.
2.Dla niektórych jednak stałam się amatorką wrażeń i podróżniczką. Myślą, że pojechałam zwiedzać świat, poznać inną kulturę i przeżyć jakieś egzotyczne przygody. Słyszę, że „coś” podobno mnie nosi po świecie i nie mogę się zmieścić w Polsce. I ci ludzie stawiają mi pytania skupiające się na opisach pejzażów, na klimacie, zoologii oraz ciekawostkach z dziedziny magii i czarów. Często w gąszczu tych pytań nie pojawi się żadne o Kościół tamtejszy, o ewangelizację.
3.A dla niektórych nie jestem ani „bohaterką”, ani podróżniczką tylko „dziwaczką”.
Co ja wymyślam, po co, na co, dla jakiej racji?. Niektórzy uważają mój wyjazd za „zdradę” polskości. Przecież u nas tyle potrzeb, tyle pracy… Do dziś pamiętam list jednej znajomej, która wykrzyczała swój bunt, przeciwko takim wyjazdom. Byłam trzecią osobą z kręgu jej znajomych, która wyjeżdża na misje. No cóż.
Spotkania z tymi ludźmi są bardzo krótkie, bo z czego mam się tłumaczyć. Ich nie interesuje nic z mojej pracy.
4.Na szczęście są i tacy dla których misje znaczą tyle co Chrystus. I oni nie tyle pytają co modlą się i na różne sposoby chcą w tej pracy uczestniczyć. Ofiarują swoje cierpienia i różne ofiary, aż po materialne. Dla nich misjonarz to wysłannik Jezusa. Z tymi ludźmi uwielbiam rozmawiać. Oni nie opuszczając własnego kraju, są misjonarzami.
S. B. Siostro Tadeuszo, co według Siostry jest najistotniejsze w powołaniu i pracy misyjnej?
S. T. – Co najistotniejsze?
Przekonanie, że Pan i jedynie On mnie posłał, bym zaniosła Jego Imię aż na krańce świata. Wybrał mnie słabą i posłał. W Jego Krzyżu mam szukać siły i oparcia i nie daj Boże bym się o co inne chciała oprzeć. To dlatego Kościół tak uroczyście wręcza misjonarzom krzyże misyjne.
W obecności całego Episkopatu Polski, Nuncjusz Apostolski – Abp. Józef Kowalczyk wręczył mi w Gnieźnie krzyż misyjny, abym nie zapomniała z Kim i dla Kogo jadę na misje. Kogo mam głosić i dla Kogo pracować. Noszę więc ten krzyż z dumą i chlubą, ale i z lękiem, by nie zniweczyć jego ceny, za którą zostaliśmy nabyci.
Pan mnie wybrał, a Kościół posłał do Kamerunu, abym była widzialnym świadkiem niewidzialnego Boga. On pozwala mi realnie rozumieć słowa, które są nakazem: „idźcie na cały świat…”. Nie jestem więc bohaterką, ani podróżniczką nie jestem dziwaczką, ani zdrajczynią polskich interesów. Ja po prostu realizuję Jezusowy nakaz. Stąd czerpię radość, radość, że mogę Mu służyć i to właśnie ja i w Afryce. Radość, że mogę być z tymi „czekoladowymi” ludźmi i ukazywać im Krzyż – naszą nadzieję i nasze zbawianie. A życie jest piękne. Naprawdę.
S. B. Dziękuję Siostrze serdecznie za rozmowę.
Rozmawiała: S. Beniamina
ŹRÓDŁO : Biuletyn Zgromadzenia Sióstr św. Dominika : „Okruszyna” – X.2002