
Autor: S.M. Amabilis Gliniecka, PSMC
Naród wybrany, o którym dziś (tj. w XXX niedzielę zwykłą) mówi prorok Jeremiasz – to nie jest naród wyselekcjonowanych genetycznie, doskonałych pod względem fizycznym (we współczesnym rozumieniu tego sformułowania) i moralnym osób. To naród, do którego należą ludzie słabi, często w pewnym sensie słabsi od innych – i dlatego wciąż na nowo zagrożeni eksterminacją, prześladowaniami, marginalizacją… Nie jest to zatem naród duchowych mocarzy, herosów wiary, ludzi nieomylnych i krystalicznie czystych. Wspomniany już, starotestamentalny prorok, wyraźnie wskazuje bowiem, że „są wśród nich niewidomi i dotknięci kalectwem”. Czy to nie szokujące? Czy takie mamy wyobrażenie o kimś, kto został wybrany? A przecież to mowa także o mnie i o Tobie… Warto to sobie dzisiaj uświadomić, by także naszym udziałem było to, co wydarzyło się w życiu niewidomego spod Jerycha..
Do narodu wybranego należą więc ci, którym – podobnie jak Bartymeuszowi – własna ograniczoność i słabość nie przeszkadzają w dążeniu do spotkania z Bogiem, choćby to dążenie wyrażało się wyłącznie w oczekiwaniu (Bartymeusz jak wiemy – siedział przy drodze). Ów ewangeliczny żebrak nie był skoncentrowany wyłącznie na własnej biedzie i niepełnosprawności. Nie adorował swojego nieszczęścia. Nie epatował bólem i poczuciem krzywdy. On rzeczywiście z nadzieją oczekiwał na tę chwilę, w której – jak wierzył – Bóg w znany sobie sposób pojawi się na jego drodze, by spełnić najgłębsze pragnienia jego serca.
Pomyśl, gdyby Bartymeusz zajęty był wyłącznie żebraniem, gdyby jego pragnienia ograniczały się do zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb, gdyby oczekiwał jedynie jałmużny w jego życiu tak naprawdę niewiele by się zmieniło. On jednak pragnął o wiele więcej. Tęsknił za tym, co po ludzku wydaje się niemożliwe. Oczekiwał cudu. O tym, jak intensywne było to pragnienie świadczy dynamika następujących po sobie ewangelicznych wydarzeń, które od chwili, gdy Bartymeusz usłyszał o Jezusie – nabrały niezwykłego tempa – doprowadzając do osobistego spotkania z Panem. A spotkanie z Jezusem – jeśli stajemy przed Nim w prawdzie – nigdy nie jest bezowocne. Wszak to Bóg jest Tym, który – jak mówi Psalmista – odmienia nasz los i czyni wielkie rzeczy w naszym życiu. Czy jednak nasze pragnienia są na miarę tych bartymeuszowych? Czy kierując do Boga nasze modlitwy mamy odwagę prosić z wiarą o to, by On radykalnie zmienił naszą sytuację, by wyprowadził nas z ciemności grzechu, który sprawia, że choć nie jesteśmy ślepi – tak naprawdę nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są, ale takimi, jak nam się je pokazuje?
Rozważając dzisiejsze Słowo Boże – nie bójmy się prosić: Panie, daj nam wielkie pragnienia! Wierzymy bowiem, że (jak mawiała św. Teresa od Dzieciątka Jezus) nie dajesz nam pragnień, których nie chciałbyś zaspokoić. Wzbudzaj w nas zatem na nowo pragnienie świętości, abyśmy nie zadowalali się byle czym, żebrząc jedynie o jałmużnę, dzięki której kolejny dzień będziemy mogli spędzić „siedząc przy drodze”, ale umocnij naszą wiarę, abyśmy tak jak Bartymeusz – zostali uzdrowieni, uwolnieni od tego wszystkiego, co przeszkadza nam iść za Tobą.





